czwartek, 24 stycznia 2013

Rozdział 6


- Witamy w sholi Angeliko. - powiedział siwo włosy facet po czterdziestce
stojący przede mną. - Quenn dobrze się spisałeś, spotkamy się w primusie a teraz
zaprowadź princesse do jej apartamentu.
Quenn kiwnął głową, że rozumie i pokazał gestem ręki w, którą stronę mam się kierować.
Weszłam do ciemnego korytarza, od razu się wycofałam. Dziwny... taki mroczny.
Quenn wyminął moją postać i ruszył w przód korytarzem, wszystko było pokryte lustrami, 

dosłownie wszystko. Może oprócz drzwi, które były z drewna, chyba sosnowego... nie
wiem po czym poznałam. Wilkołak skręcił w prawo, następnie znowu szedł prosto i ponownie 
skręcił, tak bez końca a lustra i drzwi ciągnęły się i ciągnęły...
- Quenn, daleko jeszcze?.
Nic, nie odpowiedział.

- Słuchasz mnie?.
Zero reakcji. A nie, przepraszam... obojętnie spojrzał na mnie kątek oka.
Chwyciłam go za rękę, jednak odskoczyłam upadając na ziemie.
- Ty jesteś jakiś stuknięty! - wrzasnęłam na całe gardło.

- Ale... to nie ja...
- Chcesz powiedzieć, że sama się kopnęłam prądem? Idź się leczyć człowieku!
Zerwałam swoje ciało z ziemi i ruszyłam w przeciwnym kierunku, drogą powrotną.

- Twój pokój jest w drugą stronę!
Nie zatrzymując się pokazałam mu środkowy palec, takie pozdrowienie...
Dupek, poważnie myliłam się co do niego. Mógł po ludzku powiedzieć, że nie chce mu się 

ze mną gadać a nie od razu walić mnie prądem, rozwiązanie bałwana, który szczy na
drzewa. Głupi kundel... Sama odnajdę swój pokój, żaden pies nie musi mi w tym pomagać.
Byłam na tyle zdenerwowana aby nie zauważyć drzwi otwierających się tuż przed moim nosem.
Znalazłam się na ziemi a fala bólu zaatakowała moją głowę, a oczy zaszły łzami. Co za łajza nie umie otworzyć 

drzwi? Jakby odpowiedzią na moje pytanie, poczułam czyiś ciepły oddech na twarzy.
- No to nie jest dobrze.- obił mi się o uszy głos jednego chłopaka.
- Nigdy wcześniej jej tu nie widziałem, nowa?- kolejny męski głos. 
- Możecie nie mówić o mnie jakby mnie tu nie było. - wydukałam z siebie 
ze zmrużonymi oczami.
Najwidoczniej ich zatkało bo nie się żaden nie odezwał. 
Otworzyłam lekko oczy, ból przeszył mnie ponownie. Czy ten koleś musi mi chuchać 
prosto w twarz? Nie powiem, że to nie przyjemne, przynajmniej dodawało otuchy ale
denerwowało mnie jeszcze bardziej.
Rudzielec o niebieskich oczach, to zobaczyłam kiedy podniosłam się wystarczająco 

na tyle aby się przyjrzeć idiotom, których matka nie nauczyła otwierać drzwi. 
Przystojny, przyznam ale ten drugi? No właśnie gdzie on jest?
- Może byś pomógł mi wstać a nie się gapisz?

Otrząsnął się i wysunął przed siebie rękę, chwyciłam ją i próbowałam się zebrać z ziemi.
Stanęłam na nogach i otrzepałam ubranie, przydała by mi się kąpiel. 
- Przepraszam, nie zrobiłam tego umyślnie.
- Rozumiem.
- Gdybym wiedział, że ktoś idzie, nie otwierał bym ich z kopa.
- Nie tłumacz się, rozumiem.
Ty idioto drzwi otwiera się ręką a nie nogą...
- Jestem Luke. 
- Angelika. - uśmiechnęłam się, żeby już się nie przejmował.
- Angelika? - walnął się w głowę. - No to już po mnie.
Usłyszałam kroki, odwróciłam się aby z powrotem odwrócić wzrok. Quenn.
- Dobrze się czujesz?. - zapytał spoglądając to na mnie to na Luke. 
- W porządku.
- Który Cię uderzył? - był najwidoczniej zdenerwowany, wścieklizny brakowało.
Stanie się coś jak powiem prawdę? Przecież to było nieplanowane. Nie zrobił tego celowo, 
za takie coś ma być ukarany?
- Żaden. Głowa mnie rozbolała i upadłam, akurat otworzyli drzwi. Pewnie dlatego 
pomyśleli, że uderzyli mnie drzwiami. - nie wiedziałam, że umiem kłamać, tak trzymaj Angeliko.
- Chodź do swojego pokoju.- chciał dotknąć mojego ramienia, odsunęłam się. 
- Nie dotykaj mnie, nigdzie z Tobą nie pójdę. 
- Nie wygłupiaj się, chodź. - znów próbował mnie chwycić ale z całej siły nadepnęłam go.
Zawył z bólu, poważnie zawył. Jak wilk, taki nieco wkurzony wilk. 
Nie od razu zauważyłam zmianę zabarwienia jego skóry, paznokcie zamieniły się w szpony a zęby
wydłużyły się. Ciało pokryła sierść a oczy zmieniły kształt, płonęły nienawiścią.
Już nie żyje. Co mi przyszło do głowy aby atakować wilkołaka?
- Stary uspokój się. - wtrącił się Luke zasłaniając mnie.
- Odsuń się od niej. - przemówił głosem wyjętym z horroru, sparaliżował mnie.
- Wiem, że jesteś wściekły ale Ty taki nie jesteś. Chcesz żeby jeszcze
 bardziej się ciebie bała?
- Co tu się dzieję? - podążyłam wzrokiem za głosem. 
Ten sam siwy facet, który przywitał mnie gdy tutaj dotarliśmy.
- Quenn, natychmiast się uspokój. A ty Luke zaprowadź ją do jej pokoju, ma się 
przygotować i być w primusie za półtorej godziny, rozumiesz?
Rudowłosy przytaknął i pociągnął mnie za rękę , znowu ta sama droga do pokonania.
- Wiem, że jesteś dziewczyną a wy potrzebujecie bardzo dużo czasu na zrobienie
się na bóstwo ale musisz w godzinę się z tym wszystkim wyrobić, Kurenai nie lubią czekać.
- Dam radę, dziękuje. - szarpnęłam za klamkę drzwi do których doprowadził mnie chłopak.
Wielkie łoże z pomarszczoną kotarą za wezgłowiem łóżka od razy przykuło moją uwagę.
Okna sięgające od podłogi do sufitu zdobiły zasłony klasyczne upięte w fałdy.

Wysokie lustro w surowej drewnianej ramię założone było nad toaletką. 
Przeszłam do pokoju obok, salon. Sofa i fotele tapicerowane spatynowaną 
skórą stały przez wielkim telewizorem, ściany zdobiły obrazy, a szklany stół i szafę z regałami
na książki stare sztychy, figurki i porcelanowe naczynia. 
Ostatnim pomieszczeniem była łazienka, cała pokryta płytkami trawertynu.
Cały apartament był urządzony w dość prostym, surowym stylu, kolonialnym. 
Zajrzałam do szafy, wyciągnęłam z niej białą sukienkę od Gucci'ego. 
Sięgała ledwo do kolan ale była śliczna,  nosili takie w starożytnej Grecji.
 Rzuciłam ją na łóżko, wykąpałam się i zrobiłam lekki wieczorowy makijaż.
Swoje długie brązowe włosy wysuszyłam i wyprostowałam, 
grzywka lekko opadała mi na pomalowane oczy. Włożyłam kreacje przez 
głowę, na nogi założyłam białe szpilki Chunky hell i stanęłam przez lustrem.
- Angelika nie mówiłaś mi, że możesz być taka śliczna. - powiedziałam do lusterka
seksownie przygryzając wargę. 
Rozległo się pukanie do drzwi, chwyciłam kopertówkę i otworzyłam Luke'owi.




sobota, 5 stycznia 2013

Rozdział 5


- Zostańcie w samochodzie. - powiedział Quenn wyskakując z auta
nim zdążyłam zaprotestować. Minęła chwila nim droga przy lesie zamieniła się
w pole bitwy. Quenn na pierwszy rzut oka radził sobie doskonale ale za 
chwilę wylądował na masce naszego samochodu, wrzasnęłam 
z przerażenia. Podniósł się i zastygł patrząc na mnie, po chwili mrugnął i 
się uśmiechnął odskakując w stronę wampirów. Przetoczył jednego,
drugiego uderzył w szczękę, aż pękła. Trzeci oberwał czymś drewnianym w miejsce gdzie
powinno być serce, nie jestem pewna czy wampiry je mają. Kolejny oberwał sierpowym,
a następne odlatywały jednym ruchem palca. Pomimo iż wilkołak tak się starał wampirów
przybywało, było ich coraz więcej.
- Muszę mu pomóc.- powiedziałam przerażona ale zdecydowana.
- Ale kazał nam tu zostać.
- W dupie mam to co on powiedział, nie pozwolę aby coś mu się stało.- złapałam
za klamkę i otworzyłam drzwi. Podbiegłam o niego i 
uderzyłam krwiopijce czającego się na niego z tyłu.
- Mówiłem, żebyś została w aucie!. - krzyknął uderzając kolejnego wampira w brzuch.
W prawdzie nigdy się nie biłam, ale ruchy ściągałam z wilkołaka.
Kopałam, miotałam rękami, całkiem nieźle mi szło. Parę wampirów odsłaniając zęby
próbowało mnie nastraszyć ale czując blisko Quenn'a wiedziałam, że jestem bezpieczna.
Buum! Ostatni wampir wpadł w drzewo i zniknął z pola widzenia. Quenn jeszcze chwilę
trzymał gardę przygotowany do kolejnego uderzenia, po chwili ją spuścił.
- Maleńka nie jesteś taka najgorsza, parę lekcji a nawet ja Cię nie pokonam.
Uśmiechnęłam się w odpowiedzi.
Jego piękne szare oczy spoczęły na mnie, przypatrywały mi się z ciekawością.
Ja też nie mogłam odciągnąć wzroku, przez rozdartą koszulkę było
widać jego mięśnie co wprawiało mnie w jeszcze gorsze podniecenie. Rozczochrane włosy
luźno opadały kosmykami na twarz, oczy szare przypinające 
pochmurne dni a usta, aż chciało się całować. Dlaczego wcześniej 
nie zauważyłam, że jest przystojny, twarz taka bezbronna a jednak
tajemnicza i nieprzewidywalna. Mam tylko nadzieję, że 
charakter ma również taki cudowny jak tę swoją buźkę.
- Może już lepiej chodźmy.- powiedział speszony.
***
- Quenn świetnie sobie z nimi poradziłeś, jesteś taki silny. - powiedziała
Wictoria trzepocząc rzęsami.
- Gdyby nie Angelika nie poszło by mi tak dobrze, dziękuje. - powiedział kierując głowę
w moją stronę. Spuściłam wzrok, czerwieniąc się.
- Eeeeem. - westchnęła Wic. - Głodna jestem, Quenn zatrzymajmy się gdzieś
i coś zjedzmy.
- Nie jestem pewien ale chyba nie powinniśmy, musimy szybko kierować się do sholi,
będą się denerwować.
- Quenn zatrzymajmy się, pół godziny nas nie zbawi.- powiedziałam.
- Niech wam będzie, za rogiem jest knajpa, wysiadać.
***
- Na co macie ochotę?- zapytał gdy przynieśli nam kartę ze spisem dań i napoi.
- Ja bym zjadła cheeseburgera, frytki i napiła się wielkiej coli. - oznajmiła Wictoria.
- A ja... - spojrzałam jeszcze raz na kartę.- Sałatkę grecką i wodę.
- Najesz się tym?. Wygląda jakbyś jadła więcej.- powiedziała z ironią Wic.
 Spojrzałam na nią chłodno ale się nie odezwałam.
- Mogę przyjąć zamówienie?. - zapytała starsza pani w różowym fartuszku stojąca
obok naszego stolika.
- Dla mnie będzie duża pizza margarita, dla dziewczyn jeden cheeseburger, frytki, 
duża cola, sałatka grecka i woda. I jeszcze jedno piwo.
- Quenn Ty chyba nie będziesz pić? Prowadzisz auto. - powiedziałam wściekle na niego.
- Co Ty moja matka? Odczep się. 
- Dobra.- wstałam, obeszłam stolik i skierował się do drzwi, odwracając 
się ostatni raz. - Skoro chcesz to pij sobie to piwo i najlepiej
wiedź w jakieś drzewo po drodze.
Wybiegłam nim zdążył coś powiedzieć, wpadając przy tym na kelnerkę.
Przebrnęłam przez parking wymijając auto, było ich na prawdę sporo więc zajęło
to sporo czasu. 
- Angelika, poczekaj.!!! 
Nim się ruszyłam do ucieczki, on już przy mnie był chwytając mnie za rękę.
- Przepraszam. Nie chciałem tego powiedzieć.
Próbowałam się wyrwać ale był silniejszy.
- Nie chcę żeby były między nami komplikacje, przepraszam.
- Zostaw mnie, trzeba było się zastanowić co mówisz. - wyrwałam rękę czując
coraz więcej lecących łez.
- Przepraszam. - chwycił z powrotem moją dłoń przyciągając moje 
ciało do niego, znieruchomiałam. - Przepraszam. - powtórzył.
Pogładził dłonią mój policzek, wycierając  kciukiem łzy. Po chwili mocno mnie przytulił,
opierając podbródek o moją głowę, całując mnie przy tym we włosy. 
- Możemy już jechać do sholi?.- zapytał dalej trzymając mnie w ramionach, 
pokiwałam głową. 


wtorek, 1 stycznia 2013

Rozdział 4

Holmes Chapel,  nazwa widniała na tabliczce gdy wieżdżaliśmy do miasta.
- Musimy się tu na chwilę zatrzymać, mam drobną sprawę do załatwienia.- powiedział Quenn
wyjmując kluczyki ze stacyjki. - Trzymaj.- podał mi do ręki coś co przed chwilą
wyjął ze schowka. Coś przypominającego broszkę,
podobizna jakiegoś kwiata, chyba.
- To czarny irys, istoty nocy muszą zawsze je nosić przy sobie, w innym przypadku
może dojść do sporych komplikacji.- dodał gdy widział moją niepewność. - Zdarzyło się, że
parę czarownic i wilkołaków zgubiło swoje brożki i dotarły one do ludzi.
Mimo, iż nie mieli zielonego pojęcia byli w wielkim niebezpieczeństwie,
wszyscy zostali zamordowani. - spuścił głowę - Dlatego musisz jej pilnować 
jak oka w głowie, rozumiesz.?
- Rozumiem, cze...
- Jedną z ofiar była dziewczyna z którą dzieliło mnie głębokie uczucie,
nie zdołałem jej ochronić, byłem za słaby...- położyłam dłoń na jego ramieniu.
- Nie obwiniaj się, to nie Twoja wina. Nie zawsze jesteśmy wstanie uratować bliskich, wiem
coś o tym. Moja matka umarła, też nie byłam w stanie nic zrobić. Nikt nie
może zmieniać przyszłości. Ale jest jeszcze coś co nie daje mi spokoju...
Mówiłeś, że nie możemy zakochać się w człowieku, a Ty?.
- Istnieje takie coś jak pokrewieństwo dusz.
- Pokrewieństwo dusz.?
- Każdy ma swoją drugą połówkę, ich przeznaczeniem jest być razem. Nie znam
szczegółów ale coraz więcej osób ze świata nocy odnajduję je wśród ludzi.- spojrzał na
zegarek.- Porozmawiamy o tym później, chodź musimy gdzieś wstąpić.
Wysiadłam z samochodu kierując się za Quenn'em.
Wstąpiliśmy do sklepy, jednakże wilkołak szedł dalej w głąb, minęliśmy jakieś drzwi
i zatrzymaliśmy się przed kolejnymi, gdzie był taki sam znak jak na broszce. Spojrzałam
na niego pytająco ale nic nie odpowiedział, tylko pociągnął mnie za rękę do tego pomieszczenia.
Podeszliśmy do lady za którą siedziała bardzo ładna dziewczyna, orzechowe podkręcane włosy
opadały na delikatną twarz a duże niebieskie oczy dodawały jej blasku.
- Masz?.- powiedział szeptem w jej stronę Quenn.
- Tak, na zapleczu, chodź.
Usiadłam na krześle, tam gdzie wskazał mi futrzany zwierz, w tym samym czasie poszedł
za dziewczyną. Zaczęłam się rozglądać, nadal nie wiedziałam co to za miejsce.
Zwykłym sklepem nie można go nazwać, dziwne fiolki, stare książki i kotły zdobiły pułki,
ściany i podłogę. Moją uwagę przykuły jednak dziwne laleczki bez twarzy. Podeszłam bliżej
i chwyciłam jedną przyglądając się jej.
- Laleczki wudu, trzeba na nie uważać.- zaskoczona upuściłam lalkę i się odwróciłam.
- To one na prawdę działają?.- zapytałam dziewczyny.
- Wszystko jest możliwe, jestem Wictoria.
- Angelika.
- Wiem, Quenn mi o Tobie opowiadał, miło Cię poznać.
- Wzajemnie, jak one działają?.- wskazałam palcem lalkę.
- Trzeba zdobyć pukiel włosów osoby, którą chce się do tego wykorzystać, potem
trzeba posypać trochę proszkiem Redfern, wyobrazić sobie to co ma tym osobą dolegać
i wypowiedzieć zaklęcie. Jednakże działa to tylko kiedy jest pełnia.
- Czyli to całe wbijanie igieł to ściema.?
- Mniej więcej.
- A Ty ten... no...
- Czy jestem wampirem?.- pokiwałam głową.- Czarownicą.
- A latacie na miotle?.- za późno ugryzłam się w język.
- Hahaahh, nie. Ludzie często uważają nas za szkaradne istoty ale w rzeczy samej nie różnimy
się niczym od nich.
- Zabawne, sama myślałam, że nosicie kapelusze, latacie na miotłach, macie wielkie nosy i
pełno pryszczy, a tu takie ślicznotki z was.
- Przestań bo się zarumienię.
- Dziewczyny poplotkujecie sobie w czasie drogi, nie mamy czasu.- wtrącił się Quenn.
- Jedziesz z nami?.- spojrzałam na Wictorie. 
- Tak, muszę skierować się do starszych a, że jedziecie w tą samą
 stronę to się z wami zabieram.
***
- Starsi to tak jak u ludzi prezydent, sejm i senat.- wyjaśnił wilkołak kiedy już byliśmy w aucie.
- Ustalają zasady a za ich złamanie karzą, są takimi naszymi władcami.- dodała
orzechowłosa.
- To wszystko nie jest na moją głowę.
- Z czasem wszystko zrozumiesz.- uśmiechnęła się Victoria.
- Mam taką nadzieję. 
Auto się zatrzymało i obie z Victorią spojrzałyśmy na Quenn'a.
- O co chodzi?.- spytała.
- Mamy towarzystwo.-odezwał się chłopak.
Chwilę później ujrzałam grupę osób stojących na przeciwko naszego wozu.
Twarze pełne krwi, wystające zęby i wielkie czarne, przeniknięte ciemnością oczy.
Nie musiałam pytać aby wiedzieć, że nie mają przyjaznych zamiarów.






niedziela, 30 grudnia 2012

Rozdział 3

Stanęłam i rozkoszowałam się widokiem cudownej rezydencji w stylu wiktoriańskim.
Przeczesałam wzrokiem po oknach, światła się nie paliły i nie było żadnych oznak życia,
więc istnieje nadzieja, że jest do wynajęcia. Wpisałam do telefony dziewięć cyfr, które widniały
na tabliczce wbitej w trawnik i wcisnęłam zieloną słuchawkę.
- Słucham? - odezwał się po trzech sygnałach męski głos.
- Dzień dobry, dzwonię w sprawie domu do wynajęcia.
- Przepraszam ale ojca nie ma. Wróci po dwudziestej pierwszej, wtedy proszę zadzwonić.
- Dobrze, przepraszam, do widzenia.
- Cześć.
Po głosie całkiem miły chłopak się wydawał, ale nie zdziwiło by mnie gdyby okazał się

jakimś zmiennokształtnym. Po tym co przeczytałam w liście od matki już nic mnie nie zaskoczy.
Położyłam jedną z waliek przy krawężniku i na niej usiadłam, rozprostowałam nogi i włosy spięłam
w koński ogon. Spojrzałam na telefon, dziewiętnasta. Przez następne dwie godziny będę
musiała się czymś zająć, no np. policzyć kafelki. Byłam przy trzech kiedy mignęło mi auto przed oczami,
tak się wystraszyłam, że spadłam z walizki obijając sobie przy tym łokcie. Zauważyłam, że kierowca
zatrzymał auto i zaczął cofać. Wysiadł z auta a ja byłam tak zajęta patrzeniem na zdarte łokcie,

 że nie zauważyłam, że jest to Niall.
- To chyba przeznaczenie. - powiedział.
- Czy ja wiem czy takie przeznaczenie, spójrz co zrobiłeś.- odezwałam się po chwili pokazując mu ręce.
- Kawa Ci to wynagrodzi?
- Nie.
- No dobra to spróbujmy od nowa, czemu tu siedzisz?
- Czekam na dwudziestą pierwszą. - spojrzał na mnie pytająco. - No bo chcę wynająć 

ten dom ale obecnie właściciela nie ma w domu.
- No to może chodź dzisiaj na noc do nas a jutro z powrotem zadzwonisz.
- Kusząca propozycja ale dziękuje.
- Dlaczego?
- Spanie z pięcioma chłopakami pod jednym dachem?.- podniosłam pytająco brwi. - Nie dzięki.
- Nie dramatyzuj.
- No ale wyobrażasz to sobie, wchodzisz do domu i oznajmiasz wszystkim, 

że bezdomna dziewczyna u Ciebie nocuje?
- Takimi drobnostkami to Ty się nie przejmuj, już Niall coś wymyśli.
***
- To jest Angelika, zanocuje dzisiaj u nas bo w jej domu jest... inwazja karaluchów.- powiedział
blondyn.
- Serio, tylko tyle zdołałeś wymyślić?.- zapytałam szeptem.
- Bez obaw, to głupki. Uwierzą we wszystko.- odpowiedział również w miarę cicho.
No niezły z Ciebie kolega, lepszego nie mogli mieć.
- Jestem Liam.- podszedł do mnie ostrzyżony chłopak.
- Angelika.- podałam mu rękę.
- Gdzieś Cię już widziałem, Harry jestem.
No świetnie, ja tu wzdycham a on mnie nawet nie pamięta.
- Zayn.- obdarował mnie uśmiechem mulat w bejsbolówce.
- A ja Louis.- chłopak w paski.
- No to ja Ci pokarzę Twój pokój, chodź.- pociągnął mnie za rękę Niall i już znaleźliśmy
się na schodach. Zatrzymaliśmy się przed drzwiami, chłopak je otworzył i zaprosił do środka.
- Rozpakuj się, wykąp, przebież i zejdź na kolację.
- Od razu położę się spać, nie jestem głodna.
- Żadnego ale, u nas w domu dziewczyna nie położy się bez kolacji.
- Widzę tu tylko siebie.
- Jest jeszcze Perrie, Danielle i Eleanor ale one to pewnie na zakupach.
Jeszcze jakieś dziewczyny?
Podeszłam do okna i podciągnęłam ruletę, w tej samej chwili coś mignęło mi

 przed oczami, czarna postać.Wzdrygnęłam się, uciekała? Ale przed czym. 
A może... Nie to nie możliwe... Ale jeśli ta akcja z wężem ma coś z tym wspólnego?
 Nie, moja wyobraźnia nie zna granic. Na wszelki wypadek później się rozejrze.
- Wszystko w porządku?.- głos Niall'a dobiegł mnie z tyłu.
- W jak najlepszym.- nie, nic nie jest w porządku.
Wyjęłam czyste ciuchy z walizki i weszłam do łazienki, szybko się opukałam i je zarzuciłam.
Zbiegłam na dół i oznajmiłam, że muszę na chwilę wyjść, nie obyło się bez 

pytań ale nie miałam czasu na nie odpowiadać. Okrążyłam dom, żadnego śladu nieznajomego.
 Może tylko mi się przywidziało? W tym momencie coś zaszeleściło w krzakach, gdyby 
nie niebezpieczeństwo już na pewno bym krzyknęła. Przyjęłam pozycję obronną i bacznie 
obserwowałam co się za chwilę wydarzy. To coś zbliżało się a ja nawet nie mam żadnej broni, świetnie. 
Z krzaków powoli wyszło duże futrzane zwierzę, gdy podeszło bliżej zobaczyłam jakie jest piękne.
Sierść w blasku księżyca lśniła, oczy błyszczały błękitem a długie około pięcio 

centymetrowe kły wystawały z pyska. Byłam tak zachwycona zwierzęciem, 
że nie zwracałam uwagi na niebezpieczeństwo, pragnęłam
tylko dotknąć go, zanurzyć głowę w jego sierści.
- Jestem Quenn, musisz pójść ze mną.
Że to coś mówi? No chyba żarty.
- Spokojnie, to pewnie tylko sen, przecież nie istnieją gadające wilki.- pocieszałam się w duchu,

 wiedząc,że i tak jest inaczej.
- Przepraszam, pewnie jesteś w szoku. Nie powinienem pokazywać Ci się w tej postaci, zaczekaj.
Wszedł z powrotem do krzaków tylko po to by z nich wyjść w postaci człowieka.
- Zacznijmy od nowa, jestem Quenn. - podał mi rękę ale się odsunęłam. - Wiem, że to pewnie dla 

Ciebie szok ale musimy porozmawiać. 
- Angelika.- przysunęłam się i oddałam uścisk|.
- Wiem. Możemy iść w bardziej odludne miejsce? Nie może nas nikt zobaczyć.
- Wolałabym tu zostać.
- Rozumiem, nie ufasz mi. Ale to dla Twojego bezpieczeństwa.
- Zgoda, ale nie za daleko.
- Zaraz tutaj, pójdziemy do mojego samochodu, tam nikt nas nie usłyszy.
***
- Czyli Ty jesteś wilkiem, tak?- zapytałam siedząc na miejscu pasażera.
- Wilkołakiem.- poprawił mnie.
- I grozi mi śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony władcy wampirów?
- Tak, dlatego musisz pojechać ze mną do sholi, tam Cię nie znajdą.
- Dobrze ale mogę jeszcze dzisiaj tu zostać? Nie chcę wyjść bez pożegnania.
- Angeliko mamy coraz mniej czasu, nie możemy ściągać sobie na głowę jeszcze tego
robactwa.
- Robactwa?
- Tak świat nocy nazywa ludzką rasę.
- Świat nocy?
Quenn przewrócił oczami.
- Opowiem Ci wszystko po drodze.
Przy pomocy wilkołaka wskoczyłam przez okno, spakowałam walizki i ostatni raz

 rozejrzałam się po pokoju. " Oni mi ofiarowali pomoc a ja tak się zachowam. "
- Na prawdę nie można nic innego zrobić?.- spojrzałam na chłopaka.
- Przykro mi, to dla Twojego i ich bezpieczeństwa. Nie mogę pozwolić aby coś Ci się stało, urwali
by mi łeb.
Przybrał postać wilka, nakazał wsiąść na jego grzbiet. Wyskoczyliśmy obijając lekko o szyby w
ciemną otchłań.








poniedziałek, 26 listopada 2012

Rozdział 2



- Gdzie jest ta cholerna bluzka?! - krzyknęłam ze złością na siebie. - Bez niej się nie ruszę.
Dopiero po pięciu minutach znalazłam ją w koszu na prawnie w toalecie, wrzuciłam do
pralki i nastawiłam na szybkie. Zaczęłam pakować inne potrzebne rzeczy do walizek, w dwóch
były ubrania, w jednej kosmetyki, a w trzech pozostałych conversy, vansy i szpilki.
" Prześwięcą mnie na tym lotnisku, kiedy to zobaczą. " - pomyślałam. Walizki położyłam w
przedpokoju przy wejściu, umyłam się i przebrałam w piżamie. Przez te wszystkie przygotowania
straciłam poczucie czasu i nim się obejrzałam nadeszła dwudziesta trzecia a samolot jest o dziesiątej.
Ułożyłam się wygodnie na kanapie, chwyciłam zdjęcie rodzinne ze stolika obok i przez jakieś
dwadzieścia minut wpatrywałam się w nie. Byliśmy na nim tacy szczęśliwi, wszystko się układało, byliśmy jedną zgodną rodziną a teraz? Teraz do wszystko diabli wzięli. Odłożyłam je delikatnie, wepchnęłam
pod kołdrę i w niecałe pięć minut usnęłam.
***
- Pasażerowie lotu 220 proszeni są do samolotu!!!- powiedziała pani ubrana w biało granatowy
strój stewardessy. Wstałam i ustawiłam się w kolejce ciągnącej do jakiegoś kolesia, kiedy była
moja kolej przekonałam się, że to ochroniarz.
- Ej, trzymaj łapy przy sobie ! - wrzasnęłam na niego kiedy zaczął jeździć łapami bo moim ciele.
- Muszę sprawdzić czy nie masz żadnej broni.! - odpowiedział.  Spojrzałam się na ludzi za mną,
 stali zniecierpliwieni,  jeszcze raz obejrzałam się na ochroniarza i spaliłam buraka. Przeprosiłam i
pozwoliłam dokończyć jego robotę.
Kiedy siedziałam w samolocie zobaczył, że ten lot wcale nie będzie taki przyjemny. Za mną siedział
jakiś dzieciak który ciągle kopał mi w krzesło, przede mną jakiś tłuścioch zajmujący dwa fotele,
kawałek dalej pani z małym płaczącym dzieckiem, z innej strony jakaś zakochana niechlujna para,
był jeszcze alfons z dwoma blondynkami przy sobie, facet od którego nie za ładnie pachniało i
starsza pani robiąca na drutach. Jedynymi normalnymi ludźmi wydawała się piątka chłopaków,
którzy darli się na siebie i czymś rzucali. Gdyby nie byli tak głośno, może uznała bym ich za dorosłych
ale z taką inteligencją przypominali mi dzieciaki z zerówki. Wyjęłam z torebki komórkę, modląc się
żeby tylko żaden dziwak nie usiadł koło mnie. Pogrzebałam w telefonie, usunęłam wszystkie
wiadomości, przeczesałam zdjęcia, posłuchałam muzyki, popatrzyłam na kontakty, pograłam, wszystko
aby tylko się nie nudzić. Lot był strasznie długi, a kiedy stewardessa powiedziała, że opóźnimy lądowanie
o jakieś trzy godziny myślałam, że dostanę ataku paniki. " Co ja mam robić przez następne trzy godziny ".
Wstałam i poszłam do łazienki a kiedy wróciłam, obok mojego miejsca siedział jeden z tych chłopaków,
blondyn.
- Przypadkiem nie pomyliłeś miejsc?- spytałam stojąc nad nim. Spojrzał się tylko na mnie i nie
odpowiedział. 
- Mówię coś do Ciebie!
- Usiądź a może odpowiem. - jego głos wydawał się taki znajomy, inny od reszty ale znajomy.
Przecisnęłam się i usiadłam gapiąc się ciągle na niego.
- No słucham ?!
- No więc widziałem, że siedzisz sama więc postanowił dojść i zagadać.- powiedział nie wypuszczając tchu.
 Jestem Niall. - podał mi rękę.
- Angelika. - uścisnęłam ją.
- No to gdzie lecimy?
- Do Londynu a Ty?
- No też, w zasadzie mieszkam tam, razem z tamtą pozostałą czwórką. - pokazał na bawiących się
kolesi.
- Energi im nie brakuje, od kilku godzin się wygłupiają.
- Tacy już jesteśmy, niby duzi a jednak wciąż mali. - uśmiechnął się.- No to powiedz Angelika co Cię sprowadza do Londynu?
- Spróbuje zacząć tam wszystko od nowa.
- Od nowa to znaczy?
- Moja matka umarła a brat mnie zostawił, nie miał kto się mną zająć. Postanowiłam, że w Londynie
może wszystko się ułoży i poukłada.
- Jak będziesz potrzebowała pomocy, daj mi znać.- podał mi małą karteczkę gdzie widniało dziewięć cyfr.
- Dobrze, dziękuje.
- Niall czy mógłbyś na chwilę do nas przyjść.- przerwał nam chłopak z burzą loków na głowie. Na jego widok moje serce zrobiło obrót o 180 stopni. To niewiarygodne, że widok zwykłego chłopaka może
tak podniecić dziewczynę.
- Tak już idę.- chłopak wstał ale za chwilę z powrotem usiadł. - Zapomniałbym, Angelika to jest Harry,
Harry to jest Angelika.
Chłopak podał mi rękę i się uśmiechnął a ja to odwzajemniłam. Był taki seksowny, seksowny a zarazem 
taki tajemniczy. Było w nim coś pociągającego, że pod jego dotykiem się rozpływałam a serce robiło
milion uderzeń na sekundę. Wiecie jak wygląda miłość od pierwszego wejrzenia? No, właśnie tak się 
teraz czułam. 
- Ziemia do Angeli.- Niall pomachał mi ręką przed twarzą, otrząsnęłam się.- Troszkę nam się zapatrzyłaś.
Zrobiłam się cała czerwona, a Harry wyszczerzył się jeszcze bardziej ukazując przy tym dołeczki.
- Harry co ty masz w sobie, że każda dziewczyna na Ciebie leci?- powiedział blondyn z oburzeniem.
- Po prostu jestem rozchwytywany.- odpowiedział śmiejąc się. - No miło było Cię poznać Angela ale
musimy coś załatwić, mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy.
- Ja też, do zobaczenia.- pomachali na pożegnanie i mnie opuścili. 
Gapiłam się w miejsce gdzie siedział cudny zielonooki, oderwać wzroku nie mogłam. 
" Przecież to i tak nie ma sensu, zamieniłam z nim dwa może trzy słowa i już jestem na zabój 
zakochana ". Zobaczyłam, że Harry wstał i zaczął iść w moją stronę, myślałam, że może podejdzie, zagada
ale on ominął mnie i ruszył do toalet. Nawet na mnie nie zwraca uwagi, więc na randkę nie ma co liczyć.
Ułożyłam się wygodniej na siedzeniu i próbowałam się zdrzemnąć ale coś nie dawało mi spokoju. Wydawało
mi się jakbym słyszała syczenie dobiegające z mojej torby. Otworzyłam ją, zajrzałam do środka po czym upuściłam i zaczęłam się drzeć. W mojej torebce znajdował się wąż i wyglądał na jadowitego. Niall szybko znalazł się obok mnie i dopytywał o co chodzi a ja ledwo mogłam wydusić z siebie chodź słowo. Wkrótce sam zobaczył co było przyczyną mojego darcia japy i aż zieleniała mu twarz. 
- Chodź, trzeba zawiadomić pilota.- złapał mnie za rękę i chciał pociągnąć ale nie ruszyłam się z miejsca.- Angela wiem, że się boisz ale musimy zawiadomić pilota, chodź. 
Tym razem ruszyłam się posłusznie i z nim poszłam, po drodze minęliśmy wszystkich pasażerów którzy
gapili się na mnie jak na wariatkę, wśród nich był też Harry. Nagle poczułam jak coś mnie dusi w gardle, 
zrobiło mi się ciemno przed oczami i upadłam. 
- Nic pani nie jest?- ujrzałam młodą blondynkę stojącą nade mną ze szklanką wody.
Podniosłam się na łokciach, tak aby widzieć otoczenie.
- Nie, chyba nie. 
- Przestraszyła nas pani, sprawa z wężem została załatwiona. Miała pani duże szczęście bo to jeden z 
najbardziej jadowitych okazów. 
" Z najbardziej jadowitych okazów " ? Nie no ja się chyba jeszcze nie dobudziłam.
- Ale skąd on się tam wziął?
- Mamy podejrzenia, że ktoś specjalnie wsadził go do pani torebki. 
Nie no po prostu brak słów, najpierw ktoś mi się włamuje do domu a teraz wsadza jadowite obślizgłe 
stworzenie aby mnie ukąsiło, ludzie mnie wprost wielbią.
- Pani chłopak czeka za drzwiami, wpuścić go?
- Tak, proszę.- Chwileczkę. Czy ona powiedziała, mój chłopak?
Niall wszedł, usiadł i przez chwilę nic nie mówił.
- Trochę niezręczna sytuacja, co?
- Tak, ja... ten... no... chciałem zapytać czy czujesz się już lepiej?
- Tak, dziękuje za troskę.- pocałowałem go w policzek, aż się zarumienił.
- No to zbieraj się bo zaraz podchodzimy do lądowania. 
- Okej.- wstałam z tego na czym leżałam, poszliśmy na siedzenia i zapięliśmy pasy. 
- Zaraz będziemy lądować, proszę zapiąć pasy i mocno się trzymać.- powiedziałam stewardessa.
Wszyscy jej posłuchali, pięć minut później znaleźliśmy się na lotnisku, wyszliśmy z samolotu, 
poczekaliśmy na bagaże, pożegnaliśmy się i obiecując następne spotkanie każdy poszedł w swoją stronę. 





sobota, 24 listopada 2012

Rozdział 1



Bukiet czerwonych róż położyłam i rozejrzałam się dookoła. 
Wokół ani żywej duszy, tylko ja, ja sama. 
Czy nikogo nie obchodzi to co właśnie się zdarzyło?
Czy, aż tak bardzo zawiniła moja rodzina, że nikt nie raczył pojawić się
na pogrzebie mojej mamy? Nawet jej własny syn? Jeszcze raz przeczesałam 
wzrokiem teren, same nagrobki na których stały piękne kwiaty w wazonach a znicze
świeciły blaskiem. " O nich przynajmniej ktoś pamięta " - powiedziałam sama do siebie.
W myślach próbowałam odtworzyć sobie tą całą sytuacje ale serce mi na to nie pozwalało.
Ciągle nie mogłam pogodzić się z jej odejściem i z tym, że już nigdy mnie nie przytuli i nie 
powie " Kocham Cię córeczko ". Łza zakręciła się w oku i spłynęła po suchym policzku, 
spojrzałam na zegarek, widniała osiemnasta. Chwyciłam za torebkę, wstałam i powolnymi
krokami ruszyłam w stronę wyjścia od cmentarza. Z tego wszystkiego zapomniałam, że muszę
zrobić zakupy bo już nie mam na kogo liczyć. Po drodze wstąpiłam do Tesco, zakupiłam 
potrzebne produkty i ruszyłam prosto do domu. Kiedy znajdowałam się przy furtce, zobaczyłam
ruszające się postacie w oknach mojego domu. Drzwi były otwarte, na początku myślałam, że 
to policja ale kiedy ujrzałam panujący w salonie chaos domyśliłam się, że coś jest nie tak, a 
rzekomi funkcjonariusze zniknęli. Wahałam nad zadzwonieniem na policje ale co bym im
powiedziała? Moja matka umarła, brat zostawił i przed chwilą ktoś mi się włamał do domu?
Nie najlepsze wyjście z tej sytuacji, zwłaszcza, że nie ma kto się mną zając więc ośrodek
gwarantowany. Wstawiłam zakupy do kuchni, zaczęłam sprzątać salon i gabinet mojej mamy.
Narobili sporo bałaganu więc zajęło mi to około czterech godzin, szkód też było nie tak mało.
Wyrzuciłam śmieci, zjadłam kolacje i wzięłam się za dalsze porządki. Kiedy ogarniałam mamy
papiery moją uwagę przykuła dziwna koperta zaadresowana do mnie. Od...? Od mojej mamy?
Tak, od mojej mamy. Jej pismo poznam wszędzie ale po co pisałaby do mnie list?
Otworzyłam kopertę i zajrzałam do środka, wyjęłam kartkę wielkości A4 złożoną na kilka części.
" Kochana córeczko, jeśli to czytasz to znaczy, że mnie już nie ma. Na prawdę nie chciałam aby 
   to wszystko tak się potoczyło ale musisz o czymś wiedzieć . Planowałam powiedzieć Ci 
   to w dniu Twoich osiemnastych urodzin ale niestety nie ma mnie już z wami. W to co przeczytasz
   możesz nie uwierzyć ale prawdę musisz znać. Pamiętasz kiedy wszystko wychodziło Ci lepiej, kiedy 
   wygrywałaś każde zawody sportowe, kiedy otrzymywałaś same piątki i szóstki z języków obcych?
   Tak, było to powodem Twojej ciągłej nauki ale nie tylko.  Zawsze wszystko przychodziło Ci tak łatwo,
   cieszyłaś się ze swoich osiągnięć i nie chciałam tego psuć. Ale teraz kiedy już dojrzałaś i jesteś na to
   wszystko gotowa, mogę powiedzieć spokojnie, że nie jesteś zwykłym człowiekiem. Tak jesteś 
   nastolatką ale nie taką normalną. W Twoich żyłam płynie nie tylko krew moja ale i Twojego ojca.
   A ojciec? On również nie był człowiekiem, był wampirem. A Ty jesteś nim w jednej szesnatstej
   czyli dhampirem. A dokładniej swietoczą, zdarza to się co tysiąc narodzin, kiedy wampir współżyje 
   z kobietą, a ona zaś urodzi dziewczynkę. Wszystko dokładnie wytłumaczy Ci Philibs, przyjaciel Twojego 
   ojca. Wiem skarbie, że trudno Ci to wszystko przyjąć do wiadomości i pomyślisz, że zwariowałam.
   Ale jest jeszcze coś, nie jesteś już bezpieczna. Prawdopodobnie już teraz ściga Cię władca wampirów i 
   chcę zabić, dlatego musisz uciekać. Ukryj się w Londynie, tam Cię znajdzie Philibs i pomorze z tym 
   wszystkim uporać. Na prawdę kocham Cię córeczko, dasz radę i wierzę w Ciebie. Twoja mama X "
Chwilę jeszcze patrzyłam się na słowa mamy i schowałam list z powrotem do koperty. 
" Czy ona oszalała? " - zadałam sobie pytanie. Przecież to się nie mieści w głowie, najpierw umiera,
brat wyjeżdża, potem ktoś się włamuje do domu a teraz jeszcze dowiaduje się, że niby jestem
dhampirem i ściga mnie jakiś porąbany gość i próbuje zabić. Ale po co by miała mnie okłamywać, 
nawet kiedy umiera żarty się jej trzymają? Ale jeśli piszę prawdę to wszystko by się zgadzało. 
Od dziecka wszystko przychodziło mi z łatwością ale nigdy nie zastanawiałam się, że coś
 za tym stoi. Myślałam zawsze, że po prostu łatwo się uczę. Cały czas nie mogłam w to wszystko uwierzyć,
 a żeby się przekonać muszę tam pojechać, pojechać do Londynu.



   


piątek, 23 listopada 2012

Bohaterzy :)





Angelika Danielle Will - urodzona 12 września 1994.
Jej życie wywraca się do góry nogami gdy matka umiera
a brat zostawia. Zdana wyłącznie na siebie wyjeżdża do Londynu 
w pogoni za przeznaczeniem. 



                                                  Victoria Lily Redbird - urodzona 8 listopada 1994.
                                                    Jedna z bliskich przyjaciółek głównej bohaterki, zakochana
                                                    w jej bracie. Na ogół miła i pogodna, potrafi stać się wredna 
                                          i nieprzewidywalna. Jest bardzo skryta i mimo zalotów innych chłopców
                                                                                         niedostępna. 




                                                             Sarah Melanie Russo - urodzona 2 stycznia 1994.
                                                         Najlepsza przyjaciółka Angeliki, mimo iż krótko się ze sobą
                                                     znają to są bardzo zżyte. Mogą powiedzieć sobie o wszystkim, 
                                                       pomagają w problemach i sprawach uczuciowych. Razem
                                                                                   stawiają czoło złu.



Quenn Sam Redfern - 15 sierpnia 1993.
Zaufany, pomocny chłopak i największy przyjaciel Angeliki.
                                                   Wprowadzi ją w świat nocy oraz pomoże się z tym wszystkim uporać.
Niedostępny, nie zwraca uwagi na dziewczyny bo ma już wybrankę 
swojego serca. Przykłada się do tego co robi i nie daję komuś robić się
w balona, jest nie przewidywalny i niemożliwy, zrobi wszystko aby chronić
tych na których mu zależy.



                                         Christian David Winchester - urodzony 21 lutego 1993.
                                           Zapatrzony w siebie koszykarz, jednak zmienia swoje postępowanie
                                                    kiedy poznaje Angelikę, którą darzy porządnych uczucie.
                                                            Nie spodziewał się, że wszystko odwróci się 
                                                przeciwko niemu ale jako popularny chłopak może mieć każdą. 



George Fred Klose - urodzony 31 grudnia 1993.
Tajemniczy, skryty i słodki. 
Bierze od życia to czego chcę, niczego się nie boi.
Podejmie każde wyzwanie.



Harry Edward Styles - urodzony 1 lutego w 1994.
Chłopak obdarzony niesamowitym głosem na który podrywa 
dziewczyny. Kocha śpiewać a czas wolny spędzać z chłopakami
z zespołu. Jest nie tylko przystojny i utalentowany ale i on skrywa
tajemnice której nikt nie jest świadomy.



James Oliver Will - urodzony 13 października 1992.
Po śmierci swojej mamy zostawia siostrę i wyjeżdża w 
interesach do Meksyku. Wkrótce wyjdzie na jaw jaką tajemnicę 
skrywa przed własną siostrą. Naraża ją na niebezpieczeństwo, nie zdaje 
sobie sprawy, że to wszystko tak się potoczy.



Philibs Jev Robertson - najlepszy przyjaciel 
ojca bohaterki. To on pomoże jej w walce dobra
ze złem. Zastąpi jej tatę, którego nigdy nie miała.