czwartek, 24 stycznia 2013

Rozdział 6


- Witamy w sholi Angeliko. - powiedział siwo włosy facet po czterdziestce
stojący przede mną. - Quenn dobrze się spisałeś, spotkamy się w primusie a teraz
zaprowadź princesse do jej apartamentu.
Quenn kiwnął głową, że rozumie i pokazał gestem ręki w, którą stronę mam się kierować.
Weszłam do ciemnego korytarza, od razu się wycofałam. Dziwny... taki mroczny.
Quenn wyminął moją postać i ruszył w przód korytarzem, wszystko było pokryte lustrami, 

dosłownie wszystko. Może oprócz drzwi, które były z drewna, chyba sosnowego... nie
wiem po czym poznałam. Wilkołak skręcił w prawo, następnie znowu szedł prosto i ponownie 
skręcił, tak bez końca a lustra i drzwi ciągnęły się i ciągnęły...
- Quenn, daleko jeszcze?.
Nic, nie odpowiedział.

- Słuchasz mnie?.
Zero reakcji. A nie, przepraszam... obojętnie spojrzał na mnie kątek oka.
Chwyciłam go za rękę, jednak odskoczyłam upadając na ziemie.
- Ty jesteś jakiś stuknięty! - wrzasnęłam na całe gardło.

- Ale... to nie ja...
- Chcesz powiedzieć, że sama się kopnęłam prądem? Idź się leczyć człowieku!
Zerwałam swoje ciało z ziemi i ruszyłam w przeciwnym kierunku, drogą powrotną.

- Twój pokój jest w drugą stronę!
Nie zatrzymując się pokazałam mu środkowy palec, takie pozdrowienie...
Dupek, poważnie myliłam się co do niego. Mógł po ludzku powiedzieć, że nie chce mu się 

ze mną gadać a nie od razu walić mnie prądem, rozwiązanie bałwana, który szczy na
drzewa. Głupi kundel... Sama odnajdę swój pokój, żaden pies nie musi mi w tym pomagać.
Byłam na tyle zdenerwowana aby nie zauważyć drzwi otwierających się tuż przed moim nosem.
Znalazłam się na ziemi a fala bólu zaatakowała moją głowę, a oczy zaszły łzami. Co za łajza nie umie otworzyć 

drzwi? Jakby odpowiedzią na moje pytanie, poczułam czyiś ciepły oddech na twarzy.
- No to nie jest dobrze.- obił mi się o uszy głos jednego chłopaka.
- Nigdy wcześniej jej tu nie widziałem, nowa?- kolejny męski głos. 
- Możecie nie mówić o mnie jakby mnie tu nie było. - wydukałam z siebie 
ze zmrużonymi oczami.
Najwidoczniej ich zatkało bo nie się żaden nie odezwał. 
Otworzyłam lekko oczy, ból przeszył mnie ponownie. Czy ten koleś musi mi chuchać 
prosto w twarz? Nie powiem, że to nie przyjemne, przynajmniej dodawało otuchy ale
denerwowało mnie jeszcze bardziej.
Rudzielec o niebieskich oczach, to zobaczyłam kiedy podniosłam się wystarczająco 

na tyle aby się przyjrzeć idiotom, których matka nie nauczyła otwierać drzwi. 
Przystojny, przyznam ale ten drugi? No właśnie gdzie on jest?
- Może byś pomógł mi wstać a nie się gapisz?

Otrząsnął się i wysunął przed siebie rękę, chwyciłam ją i próbowałam się zebrać z ziemi.
Stanęłam na nogach i otrzepałam ubranie, przydała by mi się kąpiel. 
- Przepraszam, nie zrobiłam tego umyślnie.
- Rozumiem.
- Gdybym wiedział, że ktoś idzie, nie otwierał bym ich z kopa.
- Nie tłumacz się, rozumiem.
Ty idioto drzwi otwiera się ręką a nie nogą...
- Jestem Luke. 
- Angelika. - uśmiechnęłam się, żeby już się nie przejmował.
- Angelika? - walnął się w głowę. - No to już po mnie.
Usłyszałam kroki, odwróciłam się aby z powrotem odwrócić wzrok. Quenn.
- Dobrze się czujesz?. - zapytał spoglądając to na mnie to na Luke. 
- W porządku.
- Który Cię uderzył? - był najwidoczniej zdenerwowany, wścieklizny brakowało.
Stanie się coś jak powiem prawdę? Przecież to było nieplanowane. Nie zrobił tego celowo, 
za takie coś ma być ukarany?
- Żaden. Głowa mnie rozbolała i upadłam, akurat otworzyli drzwi. Pewnie dlatego 
pomyśleli, że uderzyli mnie drzwiami. - nie wiedziałam, że umiem kłamać, tak trzymaj Angeliko.
- Chodź do swojego pokoju.- chciał dotknąć mojego ramienia, odsunęłam się. 
- Nie dotykaj mnie, nigdzie z Tobą nie pójdę. 
- Nie wygłupiaj się, chodź. - znów próbował mnie chwycić ale z całej siły nadepnęłam go.
Zawył z bólu, poważnie zawył. Jak wilk, taki nieco wkurzony wilk. 
Nie od razu zauważyłam zmianę zabarwienia jego skóry, paznokcie zamieniły się w szpony a zęby
wydłużyły się. Ciało pokryła sierść a oczy zmieniły kształt, płonęły nienawiścią.
Już nie żyje. Co mi przyszło do głowy aby atakować wilkołaka?
- Stary uspokój się. - wtrącił się Luke zasłaniając mnie.
- Odsuń się od niej. - przemówił głosem wyjętym z horroru, sparaliżował mnie.
- Wiem, że jesteś wściekły ale Ty taki nie jesteś. Chcesz żeby jeszcze
 bardziej się ciebie bała?
- Co tu się dzieję? - podążyłam wzrokiem za głosem. 
Ten sam siwy facet, który przywitał mnie gdy tutaj dotarliśmy.
- Quenn, natychmiast się uspokój. A ty Luke zaprowadź ją do jej pokoju, ma się 
przygotować i być w primusie za półtorej godziny, rozumiesz?
Rudowłosy przytaknął i pociągnął mnie za rękę , znowu ta sama droga do pokonania.
- Wiem, że jesteś dziewczyną a wy potrzebujecie bardzo dużo czasu na zrobienie
się na bóstwo ale musisz w godzinę się z tym wszystkim wyrobić, Kurenai nie lubią czekać.
- Dam radę, dziękuje. - szarpnęłam za klamkę drzwi do których doprowadził mnie chłopak.
Wielkie łoże z pomarszczoną kotarą za wezgłowiem łóżka od razy przykuło moją uwagę.
Okna sięgające od podłogi do sufitu zdobiły zasłony klasyczne upięte w fałdy.

Wysokie lustro w surowej drewnianej ramię założone było nad toaletką. 
Przeszłam do pokoju obok, salon. Sofa i fotele tapicerowane spatynowaną 
skórą stały przez wielkim telewizorem, ściany zdobiły obrazy, a szklany stół i szafę z regałami
na książki stare sztychy, figurki i porcelanowe naczynia. 
Ostatnim pomieszczeniem była łazienka, cała pokryta płytkami trawertynu.
Cały apartament był urządzony w dość prostym, surowym stylu, kolonialnym. 
Zajrzałam do szafy, wyciągnęłam z niej białą sukienkę od Gucci'ego. 
Sięgała ledwo do kolan ale była śliczna,  nosili takie w starożytnej Grecji.
 Rzuciłam ją na łóżko, wykąpałam się i zrobiłam lekki wieczorowy makijaż.
Swoje długie brązowe włosy wysuszyłam i wyprostowałam, 
grzywka lekko opadała mi na pomalowane oczy. Włożyłam kreacje przez 
głowę, na nogi założyłam białe szpilki Chunky hell i stanęłam przez lustrem.
- Angelika nie mówiłaś mi, że możesz być taka śliczna. - powiedziałam do lusterka
seksownie przygryzając wargę. 
Rozległo się pukanie do drzwi, chwyciłam kopertówkę i otworzyłam Luke'owi.




sobota, 5 stycznia 2013

Rozdział 5


- Zostańcie w samochodzie. - powiedział Quenn wyskakując z auta
nim zdążyłam zaprotestować. Minęła chwila nim droga przy lesie zamieniła się
w pole bitwy. Quenn na pierwszy rzut oka radził sobie doskonale ale za 
chwilę wylądował na masce naszego samochodu, wrzasnęłam 
z przerażenia. Podniósł się i zastygł patrząc na mnie, po chwili mrugnął i 
się uśmiechnął odskakując w stronę wampirów. Przetoczył jednego,
drugiego uderzył w szczękę, aż pękła. Trzeci oberwał czymś drewnianym w miejsce gdzie
powinno być serce, nie jestem pewna czy wampiry je mają. Kolejny oberwał sierpowym,
a następne odlatywały jednym ruchem palca. Pomimo iż wilkołak tak się starał wampirów
przybywało, było ich coraz więcej.
- Muszę mu pomóc.- powiedziałam przerażona ale zdecydowana.
- Ale kazał nam tu zostać.
- W dupie mam to co on powiedział, nie pozwolę aby coś mu się stało.- złapałam
za klamkę i otworzyłam drzwi. Podbiegłam o niego i 
uderzyłam krwiopijce czającego się na niego z tyłu.
- Mówiłem, żebyś została w aucie!. - krzyknął uderzając kolejnego wampira w brzuch.
W prawdzie nigdy się nie biłam, ale ruchy ściągałam z wilkołaka.
Kopałam, miotałam rękami, całkiem nieźle mi szło. Parę wampirów odsłaniając zęby
próbowało mnie nastraszyć ale czując blisko Quenn'a wiedziałam, że jestem bezpieczna.
Buum! Ostatni wampir wpadł w drzewo i zniknął z pola widzenia. Quenn jeszcze chwilę
trzymał gardę przygotowany do kolejnego uderzenia, po chwili ją spuścił.
- Maleńka nie jesteś taka najgorsza, parę lekcji a nawet ja Cię nie pokonam.
Uśmiechnęłam się w odpowiedzi.
Jego piękne szare oczy spoczęły na mnie, przypatrywały mi się z ciekawością.
Ja też nie mogłam odciągnąć wzroku, przez rozdartą koszulkę było
widać jego mięśnie co wprawiało mnie w jeszcze gorsze podniecenie. Rozczochrane włosy
luźno opadały kosmykami na twarz, oczy szare przypinające 
pochmurne dni a usta, aż chciało się całować. Dlaczego wcześniej 
nie zauważyłam, że jest przystojny, twarz taka bezbronna a jednak
tajemnicza i nieprzewidywalna. Mam tylko nadzieję, że 
charakter ma również taki cudowny jak tę swoją buźkę.
- Może już lepiej chodźmy.- powiedział speszony.
***
- Quenn świetnie sobie z nimi poradziłeś, jesteś taki silny. - powiedziała
Wictoria trzepocząc rzęsami.
- Gdyby nie Angelika nie poszło by mi tak dobrze, dziękuje. - powiedział kierując głowę
w moją stronę. Spuściłam wzrok, czerwieniąc się.
- Eeeeem. - westchnęła Wic. - Głodna jestem, Quenn zatrzymajmy się gdzieś
i coś zjedzmy.
- Nie jestem pewien ale chyba nie powinniśmy, musimy szybko kierować się do sholi,
będą się denerwować.
- Quenn zatrzymajmy się, pół godziny nas nie zbawi.- powiedziałam.
- Niech wam będzie, za rogiem jest knajpa, wysiadać.
***
- Na co macie ochotę?- zapytał gdy przynieśli nam kartę ze spisem dań i napoi.
- Ja bym zjadła cheeseburgera, frytki i napiła się wielkiej coli. - oznajmiła Wictoria.
- A ja... - spojrzałam jeszcze raz na kartę.- Sałatkę grecką i wodę.
- Najesz się tym?. Wygląda jakbyś jadła więcej.- powiedziała z ironią Wic.
 Spojrzałam na nią chłodno ale się nie odezwałam.
- Mogę przyjąć zamówienie?. - zapytała starsza pani w różowym fartuszku stojąca
obok naszego stolika.
- Dla mnie będzie duża pizza margarita, dla dziewczyn jeden cheeseburger, frytki, 
duża cola, sałatka grecka i woda. I jeszcze jedno piwo.
- Quenn Ty chyba nie będziesz pić? Prowadzisz auto. - powiedziałam wściekle na niego.
- Co Ty moja matka? Odczep się. 
- Dobra.- wstałam, obeszłam stolik i skierował się do drzwi, odwracając 
się ostatni raz. - Skoro chcesz to pij sobie to piwo i najlepiej
wiedź w jakieś drzewo po drodze.
Wybiegłam nim zdążył coś powiedzieć, wpadając przy tym na kelnerkę.
Przebrnęłam przez parking wymijając auto, było ich na prawdę sporo więc zajęło
to sporo czasu. 
- Angelika, poczekaj.!!! 
Nim się ruszyłam do ucieczki, on już przy mnie był chwytając mnie za rękę.
- Przepraszam. Nie chciałem tego powiedzieć.
Próbowałam się wyrwać ale był silniejszy.
- Nie chcę żeby były między nami komplikacje, przepraszam.
- Zostaw mnie, trzeba było się zastanowić co mówisz. - wyrwałam rękę czując
coraz więcej lecących łez.
- Przepraszam. - chwycił z powrotem moją dłoń przyciągając moje 
ciało do niego, znieruchomiałam. - Przepraszam. - powtórzył.
Pogładził dłonią mój policzek, wycierając  kciukiem łzy. Po chwili mocno mnie przytulił,
opierając podbródek o moją głowę, całując mnie przy tym we włosy. 
- Możemy już jechać do sholi?.- zapytał dalej trzymając mnie w ramionach, 
pokiwałam głową. 


wtorek, 1 stycznia 2013

Rozdział 4

Holmes Chapel,  nazwa widniała na tabliczce gdy wieżdżaliśmy do miasta.
- Musimy się tu na chwilę zatrzymać, mam drobną sprawę do załatwienia.- powiedział Quenn
wyjmując kluczyki ze stacyjki. - Trzymaj.- podał mi do ręki coś co przed chwilą
wyjął ze schowka. Coś przypominającego broszkę,
podobizna jakiegoś kwiata, chyba.
- To czarny irys, istoty nocy muszą zawsze je nosić przy sobie, w innym przypadku
może dojść do sporych komplikacji.- dodał gdy widział moją niepewność. - Zdarzyło się, że
parę czarownic i wilkołaków zgubiło swoje brożki i dotarły one do ludzi.
Mimo, iż nie mieli zielonego pojęcia byli w wielkim niebezpieczeństwie,
wszyscy zostali zamordowani. - spuścił głowę - Dlatego musisz jej pilnować 
jak oka w głowie, rozumiesz.?
- Rozumiem, cze...
- Jedną z ofiar była dziewczyna z którą dzieliło mnie głębokie uczucie,
nie zdołałem jej ochronić, byłem za słaby...- położyłam dłoń na jego ramieniu.
- Nie obwiniaj się, to nie Twoja wina. Nie zawsze jesteśmy wstanie uratować bliskich, wiem
coś o tym. Moja matka umarła, też nie byłam w stanie nic zrobić. Nikt nie
może zmieniać przyszłości. Ale jest jeszcze coś co nie daje mi spokoju...
Mówiłeś, że nie możemy zakochać się w człowieku, a Ty?.
- Istnieje takie coś jak pokrewieństwo dusz.
- Pokrewieństwo dusz.?
- Każdy ma swoją drugą połówkę, ich przeznaczeniem jest być razem. Nie znam
szczegółów ale coraz więcej osób ze świata nocy odnajduję je wśród ludzi.- spojrzał na
zegarek.- Porozmawiamy o tym później, chodź musimy gdzieś wstąpić.
Wysiadłam z samochodu kierując się za Quenn'em.
Wstąpiliśmy do sklepy, jednakże wilkołak szedł dalej w głąb, minęliśmy jakieś drzwi
i zatrzymaliśmy się przed kolejnymi, gdzie był taki sam znak jak na broszce. Spojrzałam
na niego pytająco ale nic nie odpowiedział, tylko pociągnął mnie za rękę do tego pomieszczenia.
Podeszliśmy do lady za którą siedziała bardzo ładna dziewczyna, orzechowe podkręcane włosy
opadały na delikatną twarz a duże niebieskie oczy dodawały jej blasku.
- Masz?.- powiedział szeptem w jej stronę Quenn.
- Tak, na zapleczu, chodź.
Usiadłam na krześle, tam gdzie wskazał mi futrzany zwierz, w tym samym czasie poszedł
za dziewczyną. Zaczęłam się rozglądać, nadal nie wiedziałam co to za miejsce.
Zwykłym sklepem nie można go nazwać, dziwne fiolki, stare książki i kotły zdobiły pułki,
ściany i podłogę. Moją uwagę przykuły jednak dziwne laleczki bez twarzy. Podeszłam bliżej
i chwyciłam jedną przyglądając się jej.
- Laleczki wudu, trzeba na nie uważać.- zaskoczona upuściłam lalkę i się odwróciłam.
- To one na prawdę działają?.- zapytałam dziewczyny.
- Wszystko jest możliwe, jestem Wictoria.
- Angelika.
- Wiem, Quenn mi o Tobie opowiadał, miło Cię poznać.
- Wzajemnie, jak one działają?.- wskazałam palcem lalkę.
- Trzeba zdobyć pukiel włosów osoby, którą chce się do tego wykorzystać, potem
trzeba posypać trochę proszkiem Redfern, wyobrazić sobie to co ma tym osobą dolegać
i wypowiedzieć zaklęcie. Jednakże działa to tylko kiedy jest pełnia.
- Czyli to całe wbijanie igieł to ściema.?
- Mniej więcej.
- A Ty ten... no...
- Czy jestem wampirem?.- pokiwałam głową.- Czarownicą.
- A latacie na miotle?.- za późno ugryzłam się w język.
- Hahaahh, nie. Ludzie często uważają nas za szkaradne istoty ale w rzeczy samej nie różnimy
się niczym od nich.
- Zabawne, sama myślałam, że nosicie kapelusze, latacie na miotłach, macie wielkie nosy i
pełno pryszczy, a tu takie ślicznotki z was.
- Przestań bo się zarumienię.
- Dziewczyny poplotkujecie sobie w czasie drogi, nie mamy czasu.- wtrącił się Quenn.
- Jedziesz z nami?.- spojrzałam na Wictorie. 
- Tak, muszę skierować się do starszych a, że jedziecie w tą samą
 stronę to się z wami zabieram.
***
- Starsi to tak jak u ludzi prezydent, sejm i senat.- wyjaśnił wilkołak kiedy już byliśmy w aucie.
- Ustalają zasady a za ich złamanie karzą, są takimi naszymi władcami.- dodała
orzechowłosa.
- To wszystko nie jest na moją głowę.
- Z czasem wszystko zrozumiesz.- uśmiechnęła się Victoria.
- Mam taką nadzieję. 
Auto się zatrzymało i obie z Victorią spojrzałyśmy na Quenn'a.
- O co chodzi?.- spytała.
- Mamy towarzystwo.-odezwał się chłopak.
Chwilę później ujrzałam grupę osób stojących na przeciwko naszego wozu.
Twarze pełne krwi, wystające zęby i wielkie czarne, przeniknięte ciemnością oczy.
Nie musiałam pytać aby wiedzieć, że nie mają przyjaznych zamiarów.